Uciekam od klienta

Nie Po To Zostałem Programistą, Aby Rozmawiać Z Klientem

Takie przekonanie towarzyszyło mi przez wiele lat, odkąd zostałem programistą. Jako nastolatek byłem introwertykiem. Stroniłem od ludzi. Obracałem się tylko w dobrze mi znanych grupach ludzi i którzy ode mnie raczej wiele nie wymagali. Miało być fajnie, śmiesznie i przyjemnie i to w sumie były wszystkie wymagania.

Bastion

Czasy szkolno-studenckie szybko się skończyły i wciągnął mnie wir pracy i obowiązków. Kompletnie nieprzygotowany do życia, kryłem się za monitorem. To była moja ostoja, ostatni bastion, do  którego nikt nie miał wstępu. Moje wymaganie były proste — miałem dostać zadanie do zrobienia, zrealizować je, a na koniec pobrać pensję. Przed światem zewnętrznym i innymi ludźmi chronić mnie miał Project Manager, Kierownik, ktokolwiek byle tylko samemu do niego nie wychodzić. I tak robiłem swoje nie przez rok, czy dwa, lecz długie lata!

Przymusowa zmiana

Te sielskie dni przerwał projekt z klientem z Francji. Zostałem wciągnięty w wymianę informacji, ustaleń i niedomówień, które wymuszały komunikację mailową jak i werbalną z człowiekiem, z którym różniło mnie wszystko: tysiące kilometrów, zajmowane stanowisko, kultura, znajomość języka angielskiego, poziom abstrakcji, umiejętności programistyczne, a nawet kolor skóry. Finał jest taki, że do tej pory, a  minęło już ponad pięć lat, zdarza się poprawiać błędy, których nie byłoby, gdyby na etapie projektowania wszystko zostało powiedziane, uszczegółowione i wyjaśnione. A winą za taki stan rzeczy obarczam m.in. swoją niechęć do komunikowania się z ludźmi.

Klient

Kolejnym powodem, przez który kryłem się za monitorem, była po prostu niechęć do rozmów i „użeranie” się z ludźmi. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż „rozkapryszony” klient, który kręci noskiem na wszystkie pomysły i rozwiązania, a w dodatku pyta o wszystko to, co zostało ustalone i znajduje się w specyfikacji dostarczonej do zamówienia. Miałem swoje zadania do zrealizowania, czarną skrzynkę, którą trzeba było oprogramować. Na to wszystko potrzeba czasu. Czasu, z którego kawałek, po kawałku klient odgryzał cenne minuty. W projekcie każdy ma swoje zadania do realizacji, a w moim przekonaniu komunikacja z klientem powinna była kończyć się na Project Managerze(Kierowniku).

Kolega

Moja niechęć do rozmów nie kończyła się tylko na osobach z zewnątrz, ale również na współpracownikach. Stan flow (przepływ), w zasadzie każdemu jest bardzo dobrze znany, niezależnie czy mowa jest o programiście, grafiku, studencie czy pani sprzątającej. To ten stan, w którym jest się skupionym na konkretnym zadaniu, wszystko idzie gładko, praca sama się wykonuje, a czas leci jak szalony i zapomina się o całym otaczającym świecie. Na podstawie własnych obserwacji, aby wejść w ten stan potrzeba od dziesięciu do piętnastu minut skupienia  na danym zadaniu, samozaparcia i cierpliwości. Niestety wystarczy bodziec zewnętrzny, sygnał dźwiękowy, małe pytanie, czy nawet delikatny dotyk i stan przepływu znika.

Bardzo trudno zatem jest wejść w stan flow, a cholernie łatwo z niego wyskoczyć. Nie dziwi więc fakt, że „szybkie pytanie” kolegi obok potrafi człowieka nieźle zirytować. Jednym „szybkim pytaniem”, drobną uwagą przerywany jest natłok myśli, skupienie i praca.

W przypadku klienta dochodzi jeszcze element wywołania do tablicy i  posiadania odpowiedzi na zadane pytanie. Czyli w ułamku sekundy, klient oczekuje, że zmienisz swój stan skupienia, będziesz w stanie udzielić mu odpowiedzi i pomóc w jego problemie.

To źle, czy nie?

Już dzisiaj mogę powiedzieć, że moje ówczesne nastawienie do świata i otaczających ludzi nie było wcale złe. Potrzebowałem takiego bufora czasu, etapu przejściowego pomiędzy raczkowaniem w zawodzie, a pływaniem na wysokiej fali. Nie chciałem z rozbiegu wchodzić do głębokiego, lecz kroczek po kroku w swoim tempie poznawać branżę, panujące w nich prawa i obowiązki. Choć teraz to dopiero widzę, to wtedy zależało mi tylko na spokoju i braku odpowiedzialności.

Naturalna, czy wymuszona zmiana?

Teraz jestem na etapie, że zarówno poklepię kod, napiszę maila, wykonam telefon, swoje pięć groszy dołożę do projektu i poprzydzielam zadania innym. Moja wewnętrzna przemiana, była nijako następstwem prac nad zleconymi projektami. Nie była to moja decyzja, a po prostu naturalna kolej rzeczy. Przejście od klepacza kodu, do osoby decyzyjnej wymuszała na mnie zmianę podejścia i myślenia, nauki umiejętności miękkich i co ważniejsze odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

No dobrze, nie byłbym całkowicie szczery gdybym nie wspomniał, że to przejście nie było dla mnie nie do pokonania. Gdzieś w korpusie czułem, że ta zmiana jest właściwa dla mnie i przysłuży mi się bardziej, niż zaszkodzi. Potrzebowałem tylko zachęty w postaci faktu dokonanego, że tak właśnie trzeba.

Jak ryba na drzewie

Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy każdy programista powinien nauczyć się/posiadać umiejętności miękkie i  czy jest mu to potrzebne do wykonywania pracy? Moim skromnym zdaniem nic, a nic. Znam wielu wspaniałych technicznych, którzy nie mają predyspozycji i łatwości w komunikowaniu się, ale w żaden sposób nie umniejsza to ich dokonaniom. Powiem więcej, gdyby ich odciągnąć od tego co potrafią robić, to i oni i projekty bardzo by na tym ucierpiały. Jestem przekonany, że każdy ma swoje miejsce w projekcie i nie ma co na siłę tego zmieniać.

Szymon

//