dziecko korzystające z komputera i urządzeń mobilnych

Czy wiesz, co Twoje dziecko robi na komputerze i urządzeniach mobilnych? Jak to kontrolować?

Za nami kilka ładnych miesięcy nauki zdalnej. Kto ma dziecko w wieku szkolnym, ten wie jakie obowiązki i ograniczenia to generuje.

A zaczęło się tak

Pierwszy cios otrzymaliśmy od dostawcy usług internetowych, którego usługi nie wystarczyły do pracy i nauki zdalnej, rozrywki i wypoczynku. Co było zrobić? Dokupiliśmy duży pakiet internetu mobilnego, co wiązało się koniecznością zawarcia umowy na dwa lata. Grrrr, aż mi się nóż w kieszeni otwiera, jak o tym pomyślę. Nim się obejrzeliśmy, dostaliśmy drugi cios, tym razem od programu nauczania i obowiązków ucznia. Prace domowe miały być wysyłane do nauczyciela mailem m.in. w postaci screenu. Pierwsze dni nauki nasz syn spędzał przy tablecie, co oczywiście niosło za sobą  pewne niedogodności, ale nie było to nic niemożliwego, do czasu nauki obsługi programu graficznego i obsługi aplikacji stricte pod system operacyjny Windows. No i zaczęły się schody i irytacja syna, że nie może uczyć się tak jak w szkole. Rada na to była jedna – zakup komputera z systemem Windows. Słowo się rzekło, komputer przyjechał, stanął na biurku, a nasz syn przepadł.

Złudne poczucie bezpieczeństwa

I tutaj zaczyna się właściwa treść wpisu. Poza lekcjami Franek spędzał czas na pozalekcyjne rozmowy  z kolegami, na graniu, na oglądaniu filmików, na wysyłaniu do kolegów durnych obrazków znalezionych w sieci i przeglądaniu materiałów o Minecraftcie. Jako rodzice narzuciliśmy ograniczenia na ilość czasu spędzonego przed monitorem i mogłoby się wydawać, że już – kropka – wiemy i kontrolujemy wszystko. Nic bardziej mylnego. Oczy człowiekowi szeroko się otwierają, jak widzi jakie durnoty znajdują się w internecie, na które ja jako osoba świadoma nie zwracam uwagi. Jako dorosły, nie wchodzę na materiały, które nie dostarczają mi wartości i nie rozwijają moich pasji. Dziecko jednak nie ma takiego buforu i wchłania wszystko, co się świeci. Musiałem zainterweniować nie odcinają syna od komputera, bo nie po to go kupiliśmy, aby poza lekcjami osadzał się na nim kurz.

Strona www Microsoft Family Safety

Światełko w tunelu

Znalazłem rozwiązanie. Microsoft w systemie Windows udostępnia kontrolę rodzicielską o nazwie Microsoft Family Safety, która to poprzez połączenie konta rodzica i dziecka umożliwia wgląd do wszystkiego, co dziecko robi na komputerze z możliwością ograniczenia na rodzaj materiałów, które przegląda, czasu użytkowania, czy kontroli uruchamianych programów. Wszystkie aktywności dziecka można podglądnąć bezpośrednio ze strony Microsoftu, a raz w tygodniu dostaje się mailem podsumowanie aktywności dziecka. Sam mechanizm jest jednak dużo bardziej rozbudowany i dzięki niemu można kontrolować choćby wydatki dziecka w internecie, limity na ilość czasu spędzonego przed komputerem z rozbiciem na dni tygodnia, treści, które dziecko może przeglądać, a nawet podpowiada alternatywne aplikacje, które są lepszym wyborem dla dziecka jak, chociażby YouTube Kids zamiast standardowego YouTube’a.

Kolejne wyzwanie

No dobrze można by rzec, że mniej więcej dzięki tej usłudze wiemy i kontrolujemy, co nasze dziecko robi na komputerze. Ale niestety jak to często bywa w życiu, niebezpieczeństwa i pokusy czyhają wszędzie. Kolejnym problemem, z którym przyszło nam się zmierzyć to pragnienie posiadania własnego telefonu przez ośmiolatka. Trzymaliśmy dziecko na dystans, mówiąc, że takie urządzenia dużo kosztują i na pewno nikt z jego rówieśników takiego nie posiada. Nasze karty przetargowe szybko straciły na ważności kiedy koledzy zaczęli chwalić się urządzeniami, a pieniądze Franek otrzymał jako prezent urodzinowy. Cóż było począć. Kolejne diabelskie urządzenie wpadło w ręce naszego syna.

Aplikacja Family Link

Wujek Google

I w tym przypadku pojawił się ten sam problem – co zrobić, aby dziecko było bezpieczne, korzystając z telefonu? Na ratunek w tym przypadku przyszła aplikacja udostępniona tym razem przez Google o nazwie Family Link. Jego działanie podobnie jak przy produkcie Microsoftu opiera się na ustalaniu limitów, dostępu do witryn, ograniczeń ściąganych aplikacji, pobierania aplikacji tylko do sklepu Google, wydatków i podrzucaniu alternatywnych aplikacji.  Wisienką na torcie jest możliwość lokalizacji dziecka, a właściwie urządzenia, z którego dziecko korzysta i przedstawienie pozycji na mapie, co jest moim zdaniem rewelacyjnym rozwiązaniem. I podobnie jak w przypadku Family Safety działa to całkiem dobrze z małymi wyjątkami, o których za chwilę.

Nie wszystko złoto co się świeci

Chcący posiadać kontrolę nad treściami i aplikacjami, nad którymi dziecko spędza czas, należy poczynić pewne kroki, które nie do końca mi się podobają, ale które były konieczne do prawidłowego działania aplikacji. Pierwszym z nich jest utworzenie dla dziecka zarówno konta na stronie Microsoft, jak i konta Google. Taka jednorazowa akcja, która tworzy adresy mailowe i konta użytkowników w trzewiach gigantów. Wiąże się to niestety z ujawnieniem lokalizacji dziecka, powiązań rodzinnych i pozyskanie przez korporacje podstawowych danych dziecka.  Ale hej, nie dajmy się zwariować co nie?

I tak poprzez przygotowane konta tworzymy użytkowników zarówno na Androidzie, jak i Windowsie i po paru dziesięciu minutach konfiguracji i przekilkiwaniu się przez opcje, urządzenia możemy z czystym sumieniem przekazać dziecku. I wszystko działa dokładnie, tak jak działać powinno. Urządzenia są monitorowane, całą treść, którą dziecko przegląda, jesteśmy w stanie kontrolować, zezwalamy na gry i aplikacje, które wg nas są tymi przyjaznymi. Całą akcję robimy raz i zapominamy. Nic tylko chwalić pod niebiosa wspaniałość tego rozwiązania.

Problem?

Niestety tylko do pierwszego „problemu”. W moim przypadku była to blokada przeglądarek w systemie Windows i to w momencie trwania lekcji. Szybka interwencja i już po 20 minutach wszystko działało, kosztem oczywiście lekcji. Dlaczego tak długo? Korzystam z wielu adresów mailowych i normalnie w świecie zapomniałem, do którego z nich przypisałem konto mojego syna. Kolejna sprawa, jak już znalazłem i zalogowałem się na to właściwe, to przeszukanie wszystkich zakładek i znalezienie właściwej opcji odblokowania z marszu graniczy z cudem. Dodatkowo każda zmiana uprawnień wymusza potwierdzenia na „drugą rękę” co w moim przypadku wymusiło wygenerowanie jednorazowego kodu z aplikacji Microsoft Authenticator, której oczywiście nie miałem zainstalowanej, bo i po co. Wzbogacony o nową wiedzę, chodzę dumnie z podniesioną głową. Będę tak chodził do kolejnego problemu, który wydarzy się zapewne za kilka miesięcy, kiedy to, czego dowiedziałem się dziś, będzie tylko marnym wspomnieniem.

Przycisk do papieru

Kolejny problem?

Czy Google poradziło sobie lepiej i nie było z nim problemu? A no nie. Wystarczy wyłączyć internet w telefonie, a obowiązywać będą limity i uprawnienia, które jako ostatnie były wprowadzane, a odblokowanie telefonu jest możliwe poprzez wprowadzenie jednorazowego kodu, który można wygenerować w aplikacji Family Safety na urządzeniu rodzica. I nie miałbym z tym problemu, gdyby nie to, że kody często nie działały, a samo urządzenie dziecka do czasu kolejnego okienka dostępowego stawało się niezbyt urodziwym przyciskiem do papieru. Zresztą nie tylko ja narzekałem na działanie kodów dostępowych. Na forach znalazłem setki wpisów z podobnymi problemami. Dodatkowym, choć koniecznym obowiązkiem jest każdorazowe wyrażanie zgody na chęć instalacji gier i programów przez pociechę. Drobnostka, która w ogólnym rozrachunku potrafi zirytować.

Koniec końców

I oto całe family protection. Aplikacje, które z jednej strony umożliwiają kontrolę czasu spędzonego przed urządzeniem, filtrowanie treści, które dziecko pochłania i wskazywania aplikacji, które wg nas są bezpieczne. Możliwość kontrolowania tego co dziecko wchłania i z której części internetu korzysta. Z drugiej zaś, poprzez małe błędy i dość rozbudowaną konfigurację zniechęcają, a z czasem irytują. Czy można to było zrobić inaczej? Oczywiście. Są komercyjne programy do kontroli rodzicielskiej jak, chociażby beniamin. Ja opisałem te darmowe udostępnione przez Microsoft i Google, bo z nich korzystam i choć część rzeczy można byłoby zrobić nieco inaczej, to opisałem drogę i kroki, które ja poczyniłem, aby moje dziecko było bezpieczne.

Czego by nie powiedzieć, takie aplikacje są potrzebne i obligatoryjne w urządzeniach dziecka. Dzięki nim rodzic wie, co dziecko robi, z czego korzysta, jakie treści pochłania i ile czasu spędza przy sprzęcie. Daje to poczucie bezpieczeństwa i wewnętrzną ulgę.


Warto.


Szymon

//